12 lutego 2016

Wysoka, czyli pogodowy dramat

Cześć wszystkim czytelnikom,

Jako, że jest to mój pierwszy wpis wypadałoby się przedstawić. Zatem jestem Filip i razem z kolegami tworzymy zespół trudniący się w trekkingu wysokogórskim z elementami wspinaczki.
Z racji tego, iż swoją pasją postanowiliśmy się w końcu podzielić z innymi (ten blog jest dla Was), chciałbym przedstawić Wam dzisiaj krótką relację z zeszłorocznej wyprawy w Tatry słowackie, a dokładnie z jednego dnia i wejścia na Wysoką.
Wyjazd miał miejsce na początku sierpnia 2015 roku. Razem z Mariuszem i Tomkiem zatrzymaliśmy się w bardzo uroczej miejscowości Małe Ciche. Gorące lato i prognozy  zapowiadały świetną pogodę na cały (pięciodniowy) wyjazd. Nic nie zapowiadało załamania pogody, które nastąpiło przed południem w dniu, kiedy wybraliśmy się na Wysoką, ale tak jest właśnie w górach, szczegóły w dalszej relacji poniżej. Próbę zdobycia 5-go, co do wysokości, szczytu Tatr wyznaczyliśmy na trzeci dzień wyjazdu. Podekscytowanie towarzyszące nam wieczorem dnia poprzedniego sprawiło, że gdy o 3 nad ranem zadzwonił budzik wszyscy bez problemów wstaliśmy i po około 20 minutach byliśmy gotowi do wyjścia. Dojazd z Małe Ciche do miejscowości Szczyrbskie Jezioro zajęło nam około godziny. Po zostawieniu samochodu na parkingu wyruszamy szlakiem prowadzącym przez Dolinę Mięguszowiecką w stronę Popradzkiego Stawu. Około godziny 6 rano docieramy do schroniska nad Popradzkim Stawem (1494,3 m n.p.m.) i zarządzamy tam krótką przerwę. Po odpoczynku znad Popradzkiego Stawu odbijamy w odchodzącą na północny wschód Dolinę Złomisk. Idziemy wydeptaną, wyraźną ścieżką (pomimo tego iż obecnie nie prowadzi przez Dolinę Złomisk żaden znakowany szlak turystyczny, widać świeże odbicia podeszw butów) wzdłuż Zmarzłego Potoku. Po około godzinnym marszu docieramy do Zmarzłego Stawu Mięguszowieckiego (1925 m n.p.m.). Po chwili spędzonej na podziwianiu przepięknej doliny i zrobieniu pamiątkowych zdjęć kierujemy się na północ w Doliną Rumanową, aż do Rumanowych Stawów. Droga się zmienia, poruszamy się uważniej po wielkim rumowisku skalnym. Bloki skał rozmiarami przekraczają wielkość samochodu. Idąc dalej (około 45 minut) rumowisko zmniejsza się i po kolejnych 15 minutach ostrzejszego podejścia po ścieżce docieramy do Rumanowych Stawów (około 2122 m n.p.m.). Dochodzimy do miejsca, gdzie zakładamy kaski, ponieważ znad stawów zaczynamy podejście dość stromo nachylonym stożkiem piargowym, utworzonym u podnóża żlebu. Jest to dosyć męczący odcinek, ponieważ okruchy skalne są ruchome, luźne i łatwo obsuwają się spod nóg (w taternictwie takie piargi określane są jako ruchome piargi). Idziemy w pełnym skupieniu, uważając, aby nie prowadzić do niepotrzebnych i niekontrolowanych obsunięć okruchów skalnych (nie testujemy wytrzymałości kasków i nie zrzucamy na siebie kamieni J). Po pokonaniu stożka piargowego dochodzimy do wylotu żlebu, gdzie po znalezieniu półki skalnej jemy drugie śniadanie. Od tego momentu zaczyna się właściwa część wyprawy i cała zabawa. Po wypoczynku i zastrzyku energii zaczynamy wdrapywać się w bardzo stromym żlebie. 


Wspinamy się stałym tempem coraz wyżej i wyżej. W pierwszym etapie  wydaje się, że góra cały czas rośnie, przynajmniej ja nie widziałem końca tego żlebu i początku upragnionej grani. Tutaj nikt z nas nie odczuwał zmęczenia. Ciało pozostające w pełnym napięciu i skupieniu nie pozwalało na to. Dodatkowo power’a dawała nam buzująca w całym organizmie adrenalina. Żleb był niesamowity, wspinaczka, widoki, to skupienie i wykrzesanie z siebie tego jeszcze jednego kroku…dla takich chwil to właśnie robimy. I na końcu żlebu wisienka na torcie, płaska skała, stromo nachylona, ze sztucznymi ułatwieniami (klamry stalowe), a po jej przejściu zostaje półka, a raczej gzymsik skalny, również ubezpieczony podłużną klamrą. Dostarczył on wiele emocji ze względu na ekspozycję i przepaścistość. 


Wychodzimy ze żlebu. Jesteśmy już bardzo blisko naszego celu. Podchodzimy jeszcze trochę do góry, wspinając się cały czas granią. I ni stąd ni zowąd zza skał wyłania się piękny krzyż, symbolizujący szczyt Wysokiej. I tak, około godziny 10:20 zdobywamy szczyt Wysokiej 2560 m n.p.m., bijąc tym samym nasz rekord wysokości. Żeby tradycji stało się zadość czynimy wspólne zdjęcie i otwieramy zwycięską puszkę CocaColi, która znika w ułamku sekund. Na szczycie towarzyszy nam jedynie dwóch słowackich wspinaczy, a na Rysach widzimy kilkadziesiąt osób. Bez tłoku i ścisku, odpoczywamy, napawamy się , cudownym widokiem, uwieczniamy oczywiście to wszystko robiąc zdjęcia, cieszymy się z naszej zdobyczy.
I w tym momencie docieramy do wspomnianego we wstępie załamania pogody… O chwili, kiedy to należy zbierać się do zejścia zadecydowało nagłe pojawienie się ciemnych, niestety burzowych, chmur nadciągających z południowego wschodu oraz wyraźnie usłyszany przez nas grzmot. Już wcześniej za drogę powrotną obraliśmy sobie częściowe zejście żlebem, którym wchodziliśmy, następnie odbicie i podejście na Przełączkę Pod Kogutkiem (około 2400 m n.p.m.). Dalej trawers południowo zachodniej ściany masywu i zejście do szerokiej przełęczy Waga (2337 m .n.p.m.). Dalej już dołączenie do szlaku prowadzącego na Rysy po stronie słowackiej i zejście, mijając przy tym Chatę pod Rysami (2250 m n.p.m.). Takie właśnie mieliśmy plany na już spokojne zejście po zdobyciu szczytu. Niestety pokonując wspomniany wcześniej gzymsik skalny, poczułem pierwszą krople deszczu  na ręce. Postanowiliśmy jak najszybciej pokonać najtrudniejszy, bo najbardziej stromy fragment górny żlebu (ten ubezpieczony klamrami). Po jego pokonaniu zaczęło kropić. Minęliśmy się na tym odcinku z kilkoma osobami, którym szczerze odradzaliśmy dalsze wchodzenie oraz poinformowaliśmy o zbliżających się chmurach, których ze żlebu nie było widać. Na ich nieszczęście poszli dalej. Piszę tutaj o ich nieszczęściu, ponieważ obstawiamy, że potrzebowali oni pomocy. Wszystko wyjaśni się niebawem. Wracając do nas, ubrani w membranowe kurtki, zaczęliśmy wspinać się na Przełęcz pod Kogutkiem i nagle zaczęło się. Urwanie chmury z gradobiciem. Deszcz towarzyszył na prawie do samochodu, natomiast grad nie ustępował przez dobre kilkadziesiąt minut. Tak mi się wydaje, ponieważ czas przestał mieć znaczenie. Wzrost adrenaliny i pełne skupienie. Skały zrobiły się śliskie, uderzający grad również nie pomagał. Myślę, że gdyby nie kaski, nie bylibyśmy w stanie iść dalej (grad bił naprawdę mocno). Dodatkowo z wyższych partii masywu zaczęła spływać woda, która formowała coraz to większe potoki, które ciężko było pokonywać. Powiem tak, przy zejściu do Wagi atrakcji nam nie brakowało. Wysoka pożegnała nas w iście górskim stylu. Musisz być zawsze przygotowany na diametralną zmianę pogody. Oczywistym jest, że byliśmy cali przemoknięci, ponieważ woda wlewała nam się od góry do butów i na głowę. I w tym miejscu jeszcze jedna uwaga. Naprawdę warto zapinać suwaki w kieszeniach i mieć ze sobą (o ile plecak nie jest wyposażony w standardzie) osłonę przeciwdeszczową na plecak. My niestety tego nie dopilnowaliśmy (to już się więcej nie powtórzy J) czego efektem były 3 kompletnie zalane telefony komórkowe, które schowane były w plecaku. Mój na szczęście wyszedł z tej wyprawy bez szwanku, pomimo że schowany był w kieszeni kurtki na ramieniu. Niezłym pomysłem na dokumenty lub sprzęt elektroniczny jest pakowanie ich w worki strunowe. Wracając do relacji i tematu przemoknięcia:  ludzi, których mijaliśmy wracając już szlakiem, ludzi „uciekających” z Rysów (bo tak to wyglądało), bez polarów, kurtek, okrytych foliami NRC, mega nieodpowiedzialne zachowanie. Trzeba zawsze mieć ze sobą odpowiednią odzież idąc w rejony wysokogórskie, niezależnie od tego, jak piękna i pewna jest prognoza pogody. Jak już się zapewne domyślacie nam udało się bezpiecznie zejść do Przełęczy Waga. I tutaj było wielkie UFFF….nastąpiło odprężenie… Adrenalina zeszła, nerwy odpuściły. Ze szczęścia, po zdobyciu szczytu Wysokiej i bezpiecznym zejściu w tak beznadziejnych warunkach, staliśmy dobre 15 minut i śmialiśmy się, był to moment wytchnienia, pewnej ulgi, że już po wszystkim (pomimo tego, że nie mieliśmy ani jednej suchej rzeczy na sobie). Mniej więcej w tym momencie usłyszeliśmy nadlatujący helikopter TOPRu, który zawisł w rejonie Wysokiej. Podejrzewamy, że to właśnie ta grupa, którą mijaliśmy potrzebowała pomocy (skały były naprawdę bardzo śliskie). Całej akcji nie widzieliśmy z miejsca, w którym wtedy byliśmy. Zejście i dojście do samochodu było już tylko formalnością. Odcinek ten pokonaliśmy w około 2.5, może 3 godziny, w większości slalomem omijając spacerowiczów. Pozostało zapłacić za parking, o ile pamiętam jakieś 6 euro i wrócić do Małe Ciche, gdzie przez resztę dnia świętowaliśmy naszą zdobycz.
Wysoka uważana jest za jeden z najpiękniejszych szczytów Tatr z cudowną panoramą, co mogę z czystym sumieniem potwierdzić. Wyprawa ta (razem z pogodą, która spłatała nam figla) dostarczyła nam niesamowitych emocji. Droga od Popradzkiego Stawu prowadzi przez przepiękną dolinę, jest urozmaicona, na każdym odcinku po prostu inna. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Dla takich wrażeń i niesamowitych przeżyć to właśnie robimy. Nasze ambicje stale rosną, ale o naszych planach na ten rok wkrótce napiszemy w oddzielnym poście.
Chciałbym w tym miejscu podziękować, za dostarczenie i przeżywanie tych emocji razem ze mną, Mariuszowi i Tomkowi. Bez Was bym tam zwyczajnie nie wszedł.

Filip Praczyk

Poniżej zdjęcia z wyprawy...





 







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszamy do komentowania !