W związku
ze zbliżającą się, marcową wyprawą w Tatry, podczas której jednym z celów jest
zdobycie Króla Tatr – Gerlacha, postanowiłem przybliżyć Wam naszą pierwszą,
nieudaną próbę.
Miała ona
miejsce w sierpniu ubiegłego roku. Nasz zespół (MU, TB i FP) zatrzymał się w
naszym ulubionym miejscu noclegowym w Małe Ciche. Po dotarciu na miejsce późnym
popołudniem, postanowiliśmy odpocząć na pobliskim stoku, podziwiając wspaniałe
widoki. Wtedy uzgodniliśmy, że na najwyższy szczyt Tatr ruszymy następnego
dnia.
Budziki,
zgodnie z naszym założeniem, rozdzwoniły się o 3:00 nad ranem. Jakieś pół
godziny później, po wypiciu szybkiej herbaty i zjedzeniu tostów, byliśmy gotowi
do wyjścia. Podróż do słowackiej miejscowości Wyżne Hagi zajęła nam około
godziny. Po szybkim desancie na parkingu, około godziny 4:30, ruszyliśmy w
stronę Batyżowieckiego Stawu. Pogoda nam dopisywała, a piękny poranek
zwiastował bezdeszczowy dzień. Po około 2 godzinach marszu wyraźną ścieżką
prowadzącą na początku przez las, a następnie przez kosodrzewinę, dochodzimy do
Batyżowieckiego Stawu. Robimy krótką przerwę, podziwiając otaczające nas masywy
górskie.
Nasz plan
zakładał wejście na Gerlach zachodnią ścianą, Batyżowieckim żlebem. Wedle naszej
wiedzy czas potrzebny na przejście tej dosyć łatwej trasy wynosi około 3
godzin. Od samego Batyżowieckiego Stawu poruszamy się po rumoszu skalnym,
towarzyszącym nam do samego żlebu. Jest to dość wyczerpujący fragment drogi,
ruchome skały, które wymagają dużego skupienia oraz dosyć duża stromizna
wyciskają z nas krople potu. Mimo tego poruszamy się sprawnie, tzn. ja staram się
nie zostawać mocno w tyle J. Mocno pilnujemy
czasu, ponieważ mamy świadomość, że nie jesteśmy w 100 % przygotowani na tą
wycieczkę i nie mam na myśli tu tylko przygotowania kondycyjnego. O ile sprzęt
i prowiant posiadamy, tyle nie spełniamy wymagań formalnych postawionych przez
TANAP (słowacki odpowiednik polskiego TPNu). Mianowicie w okresie letnim powinniśmy iść z
licencjonowany przewodnikiem górskim bądź poruszać się drogami o trudności przynajmniej II (w tym drogami wspinaczkowymi). Także cały
czas czujnie i żwawo pniemy się do góry. Dochodzimy do podstawy żlebu. Od tego
momentu podejście wymaga od czasu do czasu użycia rąk, ponieważ robi się całkiem
stromo. Po chwili (w żlebie poruszaliśmy się naprawdę szybko) docieramy do
sławnej batyżowieckiej próby. Jest to pionowy, około 10 metrowy próg skalny,
ubezpieczony w klamry i pręty. Położony jest on na wysokości około 2250 m
n.p.m. w, powiedziałbym, baaaardzo eksponowanym miejscu. Przejście jej
dostarcza nam niesamowitych emocji, ale idzie nam zaskakująco sprawnie. Jest to
jedna z większych trudności, które spotykamy na trasie. Zaczynamy dalsze
podejście, jak się za chwilę okaże, nie za długie. Jak wspomnieliśmy w zakładce
o zdobyty szczytach, tego dnia nasza przygoda ze zdobywaniem Gerlacha
zakończyła się na wysokości mniej więcej 2276 m n.p.m., czyli zaraz po pokonaniu
batyżowieckiej próby około godziny 8:40. Decyzja o przerwaniu wejścia i
powrocie była niezwykle szybka i jednogłośna. Mianowicie trasa, którą poruszaliśmy
się, jest popularną drogą zejściową ze szczytu dla grup prowadzonych przez przewodników
wysokogórskich. Tomek, z racji tego, że nas prowadził, pierwszy zobaczył
czteroosobową grupę schodzącą z grani w naszą stronę. Nie chcąc wdawać się w
dyskusje, postanowiliśmy zawrócić. Słabo byłoby nie wejść na szczyt, a dostać
pamiątkę z niego, w postaci kary finansowej, zwanej popularnie mandatem. Toteż w
nienajlepszych humorach, zaczęliśmy schodzić tą samą drogą. Nienajlepsze humory
to łagodne określenie tego, co wtedy czuliśmy, byliśmy po prostu wściekli. Nie wiem
ile zajęło nam zejście do Batyżowieckiego Stawu, na zegarek już nikt nie
patrzył. Spędziliśmy na stawem około 1,5 godziny odpoczywając i „pozdrawiając”
schodzące grupy. Słońce cudownie operowało na niebie, pogoda była cudowna, co
potęgowało naszą frustrację (widok ze szczytu był na pewno idealny). Wiedzieliśmy,
że tego dnia nie jesteśmy w stanie już nic zrobić, góra pokazała swoją
wyższość.
Podczas marcowej
wycieczki damy z siebie wszystko. Tym razem mamy wszelkie papiery i
legitymacje, sprzęt odpowiedni do zimowej wyprawy, a także poprawioną wydolność
organizmu. O ile pogoda nam na to pozwoli, w pełni legalnie, zdobędziemy Króla
Tatr. Do wyprawy zostały niecałe 2 tygodnie, nie możemy się już doczekać.
Góry nas
wzywają…
FP
Poniżej zamieszczam kilka fotek i linków do filmików z tej wyprawy
 |
| Widok na Masyw Gerlacha o poranku |
 |
| Poranek, przed stawem |
 |
| Wylot żlebu |
 |
| Podejście żlebem |
 |
| Batyżowiecka próba |
 |
| Dalej żleb |
 |
| Trochę stromo |
 |
Zejście żlebem
|
 |
| Humory dopisywały |
 |
Widok znad Batyżowieckiego Stawu
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Zapraszamy do komentowania !