22 lutego 2016

Zamach na Gerlach

W związku ze zbliżającą się, marcową wyprawą w Tatry, podczas której jednym z celów jest zdobycie Króla Tatr – Gerlacha, postanowiłem przybliżyć Wam naszą pierwszą, nieudaną próbę.
Miała ona miejsce w sierpniu ubiegłego roku. Nasz zespół (MU, TB i FP) zatrzymał się w naszym ulubionym miejscu noclegowym w Małe Ciche. Po dotarciu na miejsce późnym popołudniem, postanowiliśmy odpocząć na pobliskim stoku, podziwiając wspaniałe widoki. Wtedy uzgodniliśmy, że na najwyższy szczyt Tatr ruszymy następnego dnia.
Budziki, zgodnie z naszym założeniem, rozdzwoniły się o 3:00 nad ranem. Jakieś pół godziny później, po wypiciu szybkiej herbaty i zjedzeniu tostów, byliśmy gotowi do wyjścia. Podróż do słowackiej miejscowości Wyżne Hagi zajęła nam około godziny. Po szybkim desancie na parkingu, około godziny 4:30, ruszyliśmy w stronę Batyżowieckiego Stawu. Pogoda nam dopisywała, a piękny poranek zwiastował bezdeszczowy dzień. Po około 2 godzinach marszu wyraźną ścieżką prowadzącą na początku przez las, a następnie przez kosodrzewinę, dochodzimy do Batyżowieckiego Stawu. Robimy krótką przerwę, podziwiając otaczające nas masywy górskie.
Nasz plan zakładał wejście na Gerlach zachodnią ścianą, Batyżowieckim żlebem. Wedle naszej wiedzy czas potrzebny na przejście tej dosyć łatwej trasy wynosi około 3 godzin. Od samego Batyżowieckiego Stawu poruszamy się po rumoszu skalnym, towarzyszącym nam do samego żlebu. Jest to dość wyczerpujący fragment drogi, ruchome skały, które wymagają dużego skupienia oraz dosyć duża stromizna wyciskają z nas krople potu. Mimo tego poruszamy się sprawnie, tzn. ja staram się nie zostawać mocno w tyle J. Mocno pilnujemy czasu, ponieważ mamy świadomość, że nie jesteśmy w 100 % przygotowani na tą wycieczkę i nie mam na myśli tu tylko przygotowania kondycyjnego. O ile sprzęt i prowiant posiadamy, tyle nie spełniamy wymagań formalnych postawionych przez TANAP (słowacki odpowiednik polskiego TPNu). Mianowicie w okresie letnim powinniśmy iść z licencjonowany przewodnikiem górskim bądź poruszać się drogami o trudności przynajmniej II (w tym drogami wspinaczkowymi). Także cały czas czujnie i żwawo pniemy się do góry. Dochodzimy do podstawy żlebu. Od tego momentu podejście wymaga od czasu do czasu użycia rąk, ponieważ robi się całkiem stromo. Po chwili (w żlebie poruszaliśmy się naprawdę szybko) docieramy do sławnej batyżowieckiej próby. Jest to pionowy, około 10 metrowy próg skalny, ubezpieczony w klamry i pręty. Położony jest on na wysokości około 2250 m n.p.m. w, powiedziałbym, baaaardzo eksponowanym miejscu. Przejście jej dostarcza nam niesamowitych emocji, ale idzie nam zaskakująco sprawnie. Jest to jedna z większych trudności, które spotykamy na trasie. Zaczynamy dalsze podejście, jak się za chwilę okaże, nie za długie. Jak wspomnieliśmy w zakładce o zdobyty szczytach, tego dnia nasza przygoda ze zdobywaniem Gerlacha zakończyła się na wysokości mniej więcej 2276 m n.p.m., czyli zaraz po pokonaniu batyżowieckiej próby około godziny 8:40. Decyzja o przerwaniu wejścia i powrocie była niezwykle szybka i jednogłośna. Mianowicie trasa, którą poruszaliśmy się, jest popularną drogą zejściową ze szczytu dla grup prowadzonych przez przewodników wysokogórskich. Tomek, z racji tego, że nas prowadził, pierwszy zobaczył czteroosobową grupę schodzącą z grani w naszą stronę. Nie chcąc wdawać się w dyskusje, postanowiliśmy zawrócić. Słabo byłoby nie wejść na szczyt, a dostać pamiątkę z niego, w postaci kary finansowej, zwanej popularnie mandatem. Toteż w nienajlepszych humorach, zaczęliśmy schodzić tą samą drogą. Nienajlepsze humory to łagodne określenie tego, co wtedy czuliśmy, byliśmy po prostu wściekli. Nie wiem ile zajęło nam zejście do Batyżowieckiego Stawu, na zegarek już nikt nie patrzył. Spędziliśmy na stawem około 1,5 godziny odpoczywając i „pozdrawiając” schodzące grupy. Słońce cudownie operowało na niebie, pogoda była cudowna, co potęgowało naszą frustrację (widok ze szczytu był na pewno idealny). Wiedzieliśmy, że tego dnia nie jesteśmy w stanie już nic zrobić, góra pokazała swoją wyższość.
Podczas marcowej wycieczki damy z siebie wszystko. Tym razem mamy wszelkie papiery i legitymacje, sprzęt odpowiedni do zimowej wyprawy, a także poprawioną wydolność organizmu. O ile pogoda nam na to pozwoli, w pełni legalnie, zdobędziemy Króla Tatr. Do wyprawy zostały niecałe 2 tygodnie, nie możemy się już doczekać.
Góry nas wzywają…


FP


Poniżej zamieszczam kilka fotek i linków do filmików z tej wyprawy


Widok na Masyw Gerlacha o poranku

Poranek, przed stawem

Wylot żlebu


Podejście żlebem

Batyżowiecka próba



Dalej żleb
Trochę stromo

Zejście żlebem



Humory dopisywały

Widok znad Batyżowieckiego Stawu



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszamy do komentowania !