13 sierpnia 2016

Czerwcowy Gerlach

   Cała historia bierze swój bieg w okolicach marca, gdy niestety nasz atak szczytowy na najwyższy szczyt Karpat się nie powiódł. Myśleliśmy o tym non stop i nie dawało nam to spać. MU wezwał wsparcie w postaci Marcina „Cacka” i od tej chwili wiadomo było, że grupa będzie w najmocniejszym możliwym składzie. Magiczną datą miała być sobota 11 czerwca.  
   Od praktycznie środy poprzedzającej atak myśleliśmy tylko o jednym. MU w każdej możliwej chwili sprawdzał pogodę i była ona wręcz znakomita. Począwszy od deszczu, mgły, ujemnych temperatur po opady gradu i śniegu. Słońca miało być tyle ile w porze monsunowej w Azji. Słowo się rzekło i uznaliśmy, że od 2-3 godzin słońca na dzień nam wystarczy. Podbudowani dobrymi prognozami oraz nowymi zakupami byliśmy zwarci i gotowi. Wyjazd zaplanowano na godzinę poranną w okolicach 11. Tomek jako prawdziwy pracownik naukowy musiał coś dokończyć na wydziale ponieważ jest najbardziej kompetentny. Po brakach w wyposażeniu FP (ręczniczek, a lubi się kąpać) i powrotach do domów MU i MW (po co nam kurtki) ruszyliśmy! Atmosfera w samochodzie była znakomita i każdy wiedział po co tam jedziemy. Gdy dotarliśmy na miejsce pogoda była bardzo dobra ale widać było, że wyższe partie Tatr są jeszcze w śniegu. Odprawa odbyła się na hali w Małym Cichym i ustaliliśmy godzinę wyjścia na 01:00.


W planach była pierwsza połowa meczu otwarcia EURO 2016 we Francji oraz jedno piwko (bądź dwa lub trzy). Obkupieni w  puszeczkę zwycięstwa, po sprawdzonych wspaniałych prognozach pogody poszliśmy spać. 


W nocy i śnie który w naszym wykonaniu był dość  krótki udawaliśmy, że za oknem nie pada ulewny deszcz. Opad ustał koło 00:00 a o 00:30 chyba wstaliśmy. Tutaj rozpoczyna się właściwa przygoda.  
   Po szybkim zebraniu i jakiejś zupce wychodzimy w mroku i napierążamy na Słowacje. Nic nie widać ale najważniejsze, że Wyżne Hagi rozpoznamy chyba wszędzie. Stajemy w naszej ulubionej (myślałby kto) zatoczce zakładamy plecaki, czołówki i równo o 02:00 ruszamy ostro do góry. Droga do Batyżowieckiego Stawu jest od dzisiaj najbardziej znienawidzoną drogą w Tatrach (wygrywa nam z Skrupniów Upłaz i Jaworzynką z Kuznic, które zaliczyliśmy chyba z 30 razy). Po dojściu do Stawu widać, że zaczyna świtać. 


Mijamy staw coś po 04:00 i jedziemy dalej. Na próbie meldujemy się koło 05:00 i nie stanowi ona dla nas żadnego problemu. Nie zakładamy nawet szpeju tylko lecimy na żywca. 



Stąd wiemy, że czeka nas jedynie ciężkie podejście w śniegu ale w teorii bez trudności.
   Podejście rzeczywiście jest trochę żmudne a śniegu jest dalej bardzo dużo (w niektórych miejscach ponad 0,5 m). Idziemy dość szybko i wiemy, że tym razem nic nas nie powstrzyma. 



Zegarek MU pokazuje coraz wyższe wartości i dla większości z nas wejście na 2600 to rekord. 



Ostatni odcinek to podejście Żlebem Batyżowieckim do skał po których prowadzi końcowy odcinek drogi. Prognozy nie kłamał i w nocy padał tutaj śnieg z czymś co od razu zamarzało. Jak każdy się może domyślać wchodzenie w czymś takim to prawdziwa przyjemność. Po drodze mijamy jeszcze jakieś stare i nawet nie potrzebne łańcuchy. Samo wejście na szczyt jest już raczej bez historii, zupełnie inaczej niż na np. Wysokiej. Tutaj przed samym wierzchołkiem mamy jakieś trudności i klamry kawałek niżej. Odczuwamy jednak ekscytacje i ogromne zadowolenie gdy o 6:55 meldujemy się na górze. Zegarek pokazuje 2654 jednak wyżej wejść się nie da. Tutaj jest zdecydowanie zimniej oraz mamy jakieś widoki. Wieje niezmiernie zimny wiatr a my rozkoszujemy się puszeczką oraz widokami. Na 2655 m npm jest niesamowicie a poziom tlenu spadł na jakieś 72% albo nawet i mniej ale tym już nikt się nie przejmuje. 







Chwilkę później na szczycie melduje się Filip, który zawsze zabezpiecza nasze tyły i czujemy się najbezpieczniej. Spędzamy na szczycie około 50 minut i gdy zaczynamy schodzić mijamy pierwszego słowackiego przewodnika z klientem. Nic nie mówi ale patrzy się na nas jak na cztery stracone banknoty z nominałem 100€.
   Zejście to praktycznie droga bez historii gdyż lecimy na ogromnej ekscytacji po naszym dokonaniu. Mijamy wszelkie trudności na próbie, którą teraz możemy chyba przejść nawet po ciemku i omacku. Następnie schodzimy bezpiecznie do białych skał, które wyznaczają koniec lub początek drogi przez Batyżowiecki Żleb. Nie było śmiałków na standardową drogę przez Wielicką Próbę. 


Widocznie było jeszcze za wcześnie. My na swojej drodze od Hag na sam Szczyt minęliśmy około 10 osób w tym trzech lub czterech przewodników. Dodajmy, że szlaku na Słowacji były jeszcze w tym momencie zamknięte.
   Docieramy do samochodu i wracamy do domku gdzie czeka na nas specjalny model Whiskacza. 


W związku z tym idziemy spać na 2 godziny (jednak 2,5 godziny snu to za mało) po czym ruszamy na podbój świata do Zakopanego. Tradycyjnie Costa Coffee oraz inne atrakcje powodują, że mamy kolejny plan o którym czytaliście już wcześniej. Świętujemy dopiero wieczorem przy meczu EURO i decydujemy się na kolejny szczyt.

   Już niebawem opublikujemy relację z wejścia na Rysy. Wyprawa się udała jednak znowu pogoda nie była najlepsza. Zajawka w postaci zdjęcia poniżej. 

Prawie Rysy

 Polski wierzchołek z siostrzenicą

Prawdziwy, niestety słowacki wierchołek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszamy do komentowania !