15 marca 2016

Gierlach czyli zamachu część druga

   Przygotowaniom na kolejną próbę zdobycia najwyższego szczytu Karpat, tego jakże szlachetnego dnia nie było końca. Począwszy od zapisania się do klubu wysokogórskiego KW Warszawa, przejściu oficjalnego szkolenia na ściance, asekuracji  i wiązaniu węzłów oraz po aktywnym wspinaniu na co tygodniowych wtorkowych spotkaniach klubu pozwalało nam sądzić, że najgorsze mamy już za sobą. Filmik z wyprawy pojawi się jeszcze w tym tygodniu.
   Na marcowy wyjazd byliśmy przygotowani jak nigdy wcześniej. Zbrojenie w postaci zakupu sprzętu począwszy od raków, czekana (nie każdy z drużyny posiadał taki sprzęt) po linę, karabinki i na ekspresach kończąc trwało od końca 2015 roku. Przygotowanie na ten wyjazd objęło również nasz pojazd klubowy, który należy do Filipa czyli Skodę Octavię 3.0 TDI super turbo, intercooler booster. Filip zadbał żebyśmy bezpiecznie dojechali na miejsce i oprócz zawieszenia i karoserii wymienił prawie wszystko.
   Po „Fukaniu”  5 marca, i fatalnych warunkach związanych z nadejściem halnego w Tatrach byliśmy trochę podłamani. W głowie krążyły najróżniejsze czarne myśli w tym żeby oddać Meindle oraz linę do sklepu ale szybko je odrzuciliśmy. W niedzielę postanowiliśmy zrobić popas w Zakopanem połączony z uzupełnieniem cukru we krwi (tradycja to tradycja, trzeba podtrzymać). Po spacerze i zakupie upominków na Krupówkach, ukazały nam się Tatry.



  





  









Zaskoczeni i podbudowani tym faktem zaczęliśmy planować i mieliśmy w głowię kilka pomysłów. Pozytywnie naładowani dotarliśmy do Małego Cichego i zakupiliśmy eliksir na poprawę oceny warunków górskich. Mariusz co 30 minut informował każdego jakie są warunki w górach, w szczególności jaki jest stopień zagrożenia lawinowego. Na bieżąco z każdym łykiem wspaniałej substancji płynnej analizowaliśmy sytuację. Zabawom i sprawdzaniu pogody nie było końca, zacnie się przy tym bawiliśmy. Na każdym portalu, stronie i wiadomościach pogoda wyglądała inaczej. W skrajności bo od 5 godzin nasłonecznienia po skrajność czyli całodniowe opady śniegu. Po godzinie 21 padło hasło- Idziemy! Przystąpiliśmy do pakowania  oraz ograniczenia wagi naszych plecaków. Na „fukającej” wycieczce mieliśmy za dużo rzeczy w związku z tym ograniczyliśmy sprzęt i ubrania do minimum. Czekał nas bardzo krótki sen ale podekscytowanie zrobiło swoje.
   Pobudka nastąpiła o godzinie 3:20 ponieważ budzik Filipa go nie lubi i z 20 minutowym opóźnieniem wstajemy. Szybka zupka błyskawiczna i jakieś kanapeczki ponieważ nie było czasu na dogadzanie sobie od samego rana. Z pokoju wyszliśmy około 4:15 chyba nikogo nie budząc. Podróż do Wyżnych Hag, które leżą dokładnie po drugiej stronie Tatr trwa zazwyczaj około 60 minut. Tym razem z powodu nisko zawieszonych chmur jedziemy ponad 90 minut. W związku z nisko zawieszonymi chmurami, Filip co chwilę zwalnia i operuje światłami przeciwmgielnymi ponieważ miejscami nie było widać nawet pasażerów z tyłu. Na parkingu szybkie wiązanie butów oraz ich zmiana a następnie ruszamy do boju. Na zegarku niestety godzina 6:02.
Mariusz ustala godzinę zejścia na dół, zupełnie jak na Mount Evereście. Nie ważne w którym miejscu będziemy się znajdować, o godzinie 13:00 musimy zacząć schodzić. Ruszamy żwawym i dość szybkim krokiem praktycznie bez przerw.


Od około 1300 m śnieg już nas nie opuszcza. Od około 1500 m ślady zaczynają słabnąć i sami zaczynamy przecierać szlak. Idziemy zupełnie inaczej niż wygląda to w lato jednak w zimę tak naprawdę nie ma to większego znaczenia.


Musimy dostać się pod Batyżowiecki Staw. Mozolnie pniemy się do góry co chwilę zapadając się w śniegu. Co jakiś czas zmieniamy prowadzenie a końcową część trasy prowadzi Bartek, który niestety złamał jeden kijek (pierwsze straty). Gdy początkowo pojawiały się jakieś widoki teraz padający śnieg towarzyszy nam nieustannie. Czasami się nasilał a czasami słabł i mieliśmy jakieś widoki.
   Od Stawu idziemy jeszcze wolniej ponieważ przed nami nie było chętnych na zdobycie góry i drogę przecieramy w całości. Ponownie zmieniamy prowadzenie i staramy się iść w bezpiecznych odstępach żeby nie wywołać lawiny.


Widać, że z zachodnich stoków Gerlacha chętnie schodzą lawiny ponieważ mijamy ze 3-4 dość duże lawinki. Na razie warunki nie są najgorsze. Miejscami zauważamy brązowy-pomarańczowo-żółtawy śnieg, który leży poniżej nowej warstwy śniegu. Podobno to zjawisko związane jest z silnym wiatrem i przewianiem piasku znad Afryki, który łączy się ze śniegiem nadając mu taką barwę. Idziemy dzielnie aż do wylotu żlebu, którym będziemy wchodzić. W tym miejscu nie zauważamy delikatnego w miarę płaskiego terenu, który zastaliśmy w sierpniu ubiegłego roku (Mariusz znalazł tu nóż). 
   Od tego momentu praktycznie nawet na chwilę nie idziemy po w miarę płaskiej powierzchni. Tomek prowadzi co krok zapadając się w niekończącym się śniegu. Po około 10-15 metrach bardziej widoczne są skały po których szliśmy w lato. Tomek decyduje się próbować na nie wchodzić i sprawdzić się w lodowej wspinaczce. Dwa czekany miały być decydujące jednak lodu jest za mało i niezbędne jest obejście tego terenu. Na prowadzenie wychodzi Mariusz, który obchodzi trochę skały, żeby śnieg był twardszy. Niestety jest go pełno i ponownie zapadamy się bardziej niż za kolana. W ślimaczym dość tempie dochodzimy do miejsca gdzie musimy trawersować skały i przejść do docelowego żlebu. Nachylenie jest bardzo przyjemne i w takich warunkach musimy założyć raki i uzbroić się w czekany (oprócz Tomka). Zakładanie raków przy nachyleniu grubo ponad 30 stopni oraz trawers po oblodzonych skałach na których znajduje się 10-15 cm śniegu na pewno zapamiętamy. Do wyboru mieliśmy 3 lokalizacje i na pierwszy ogień idzie Bartek. Po kilku próbach na pośrednim przejściu, podciąganiu i stękaniu z delikatnym obsuwaniem rezygnuje. Tomek próbuje najwyższą opcją ale również po chwili oznajmia, że tutaj nie przejdziemy.  Tak łatwo nie rezygnujemy ale w tym miejscu straciliśmy za dużo czasu. Tomek idzie kilka metrów niżej i zaczyna trawersować miejsce gdzie skały mają około 3-4 metrów wysokości a z dołu samo miejsce wygląda bardzo niewinnie. Po udanym przejściu na kolejny ogień idzie Mariusz. Chwila moment i już wyczekują kolejnego uczestnika. Filip nie jest w pełni przekonany co do naszego przejścia. Chwila dyskusji z MU połączona z odpowiednią motywacją (***** wchodź, masz chustę!) powoduje, że bez problemu Filip idzie dalej. Bartek bez historii przechodzi ostatni i również dociera w to bardzo nachylone i pożądane przez nas miejsce. W tym miejscu wszyscy członkowie pamiętają słowa „Każdy radzi sobie sam” i nacieramy do góry.
Kolejny raz jak w teleturnieju prowadzonym przez Zygmunta Chajzera mamy dwie bramki. Droga na wprost prowadzi przez skały, które z dołu wyglądają przyjemnie oraz droga dookoła formacji skalnej a w związku z czym dłuższa. Tomek prowadzi a zaraz za nim idzie Mariusz, który już wie co będzie dalej. Słowa Tomka, „Mariusz, tu chyba nie będzie tak łatwo” są dla nas wszystkich jak ciastko w Mc Donald’s- sama słodycz.


Tomek ze swoimi dwoma czekanami, których wreszcie może sobie poużywać jest bardzo zadowolony a sama droga przypomina krótką lodową wspinaczkę. Mariusz również sprawnie chociaż tylko z jednym czekanem brnie dalej. Stromizna żlebu po formacji skalnej jest jeszcze większa a przed nami najciekawszą część wejścia- „Batyżowiecka Próba”.


W lato samo przejście poszło nam dość sprawie jednak teraz z rakami, czekanami i z dużą ilością śniegu wiedzieliśmy, że będzie gorzej. Idąc do niej Mariusz i Tomek zrzucają trochę zmrożonego śniegu na Filipa i Bartka, którzy walczą na lodowym etapie ale również dzielnie idą do góry. Na próbę naciera Tomasz, który po chwili pokonuje krótszy fragment a zaraz po nim najgorsze. Tutaj wszystko jest w śniegu i w lodzie w związku z tym czekany są niezbędne.


Jednym można się złapać za metalowe elementy, które nie zostały wcześniej zdemontowane przez naszych wspaniałych sąsiadów (Słowaków).  


Chwila akrobacji i etap numer dwa czyli dużo klamer oraz kawałeczek łańcucha o który można zaczepić czekan. Tomek po raz kolejny mówi „ Mariusz nie będzie łatwo”, po chwili dodaje jednak „a może będzie” i już jest na górze. To miejsce ciężko opisać w związku z czym zaprezentujemy film, który ucierpiał ze względu na śnieg który zadomowił się na kamerze.

Trudności jednak będą na pewno widoczne. Mariusz i Tomek stoją już nad próbą w bezpiecznym miejscu i czekaj na Filipa i Bartka. Krótka ich wymiana zdań, zaczunająca się na „K” a kończąca na „ć”, panowie już wiedzą, że bez liny zejście tutaj będzie niemożliwe. Po dłuższej chwili meldujemy się w komplecie a po „atrakcjach” czeka nas jedynie mozolne wejście do góry. Jesteśmy na wysokości około 2250 m a brakuje ponad 400 m w pionie.

 Spoglądając na Batyżowiecki Żleb widzimy, że tutaj nie jest bezpiecznie. Widać nowe lawinki, które nie są duże co oznacza, że najgorsze jeszcze nie zeszło.  

Gerlach prezentuje się pięknie. Kończysta równiez wygląda okazale i widać, że jesteśmy już wysoko.
Niestety jest już późno także wdrapujemy się jeszcze 115 metrów wyżej, Tomek dociera jeszcze kawałek wyżej ale po zapadaniu się po pas wraca do Mariusza.  

 Razem oznajmiają odwrót. Świadomość, że zwyciężył rozsądek powoduje, że złość w związku z porażką przechodzi dość szybko.
   Bardzo powoli i uważanie schodzimy stromym żlebem aż do pierwszych punktów asekuracyjnych „Batyżowieckiej Próby”. Ubieramy się w uprzęże oraz wyciągamy cały sprzęt. Tomek z Bartkiem przypinają się do stałego punktu asekuracyjnego i powoli przygotowują wszystko do zejścia. Tomek schodzi pierwszy a Bartek ostatni. On ma za zadanie asekuracji pozostałych „kubkiem”. Tomek bezpiecznie dociera do podstawy całego progu na którym zamontowane są klamry i wpina się do punktu asekuracyjnego. Drugi schodzi Mariusz i sprawnie dociera do Tomka oraz przekazuje mu dodatkowy karabinek i taśmę a sam schodzi trochę poniżej. 

Następny schodzi Filip i również bezpiecznie dociera na dół. Filip zabrał prawie cały sprzęt od Bartka, który zejdzie asekurowany przez Tomka (kubki mieliśmy dwa). Mariusz musiał jeszcze podejść na chwilę do Tomka i podać mu końcówkę liny. 

Bartek zjeżdża i schodzi nawet poniżej lodowego etapu, lina była długa. Mariusz z Filipem zeszli bardzo sprawnie, pokonali trawers nad skałami i bezpiecznie zjechali metodą „dupozjazdu” do podstawy góry.


Tutaj przepakowanie, odpoczynek i oczekiwanie na Tomka i Bartka, którzy zaraz zejdą. Raki i czekany jeszcze zostawiamy ponieważ wszystko się może zdarzyć.


Dalej pozostaje już podzielenie się sprzętem oraz zejście do bezpiecznego miejsca czyli Batyżowieckiego Stawu stosując tradycyjnie "dupozjazdy". Tutaj dłuższa sesja fotograficzna, ponieważ warunki się poprawiły i pozbycie się całego zimowego ekwipunku oraz odkrycie kolejnej straty czyli przetartych na tyłeczku spodni.






Około 17 zaczynamy schodzić a tutaj nic ciekawego nas nie czeka. Drogę pokonujemy bez zbędnego myślenia żeby jak najszybciej udać się do Małego Cichego. Około 18:30 jesteśmy przy samochodzie i ruszamy do Polski. 
   Pomimo braku sukcesu jesteśmy zadowoleni i bardzo pozytywnie patrzymy na tą wyprawę oraz cały wyjazd. Zrobiliśmy wszystko żeby wejść na górę a z pogodą nigdy nie wygramy. Na pewno nie odpuścimy i już zastanawiamy się nad tym kiedy przeprowadzić trzecią i już mamy nadzieje ostatnią próbę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zapraszamy do komentowania !